wtorek, 17 listopada 2009

dłubany poniedziałek

Poniedziałek był bardzo dłubany. Chyba mi się stęskniło za papierami, czy coś...
Jak na mnie to po prostu jest hurt. Powstało jeszcze jedno pudełko, ale nie mogę pokazać. To, które pokazuję, nie jest skończone, jakieś ozdoby by mu się przydały. Samo się zrobiło, nie wiem, po co i na co. Wymyślę mu przeznaczenie, jak dojrzeje, wtedy pewnie dostanie jakąś etykietkę. A reszta- jak widać, świątecznie. Na blogach tyle kartek, że mam wrażenie, że wszyscy już wszystko zrobili. Chyba właśnie dlatego świąteczny papier u mnie występuje tylko jako tło do zdjęć, a produkuję z brystolu kupionego ze dwa lata temu i kawałka romancy. No, albo to kolejny dowód mojego skąpstwa papierowego:-) Tagi zrobiłam z resztek, szkoda mi było takie kawałki grubego papieru wyrzucać- a wiadomo, że jak wrzucę do ścinkowej torby, to będą tam leżakować do przyszłej zimy co najmniej. Może zrobię do nich kartki, a może będą dodatkiem do jakichś upominków. Się zobaczy.




















W niedzielę musiałam sobie zrobić odwyk od komputera i przycupnęłam w czytelniczym kąciku imienia Ogra Szreka (a tak, mamy coś takiego, w dawnym salonie, który stał się teraz warsztato-biurem mojego Jedynego). Wzięłam pierwszą lepszą z zakupionych, a dotąd nieprzeczytanych książek i wtopiłam. Otrząsnęłam się na zrobienie obiadu i ze zdziwieniem stwierdziłam, że prawie 200 stron przeczytałam. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że czytałam po angielsku, bez słownika. Czytanie zagranicznych blogów nie idzie na marne... powinnam się przyłożyć do tego, żeby nie tylko rozumieć, ale i się wysłowić jakoś. Pamiętam uczucie dumy, jak przeczytałam swoją pierwszą książkę po francusku... Angielska to już chyba "nasta", ale wciąż jakoś nie dowierzam, że daję radę:-) Lektura niewesoła, wzburzająca, ale bardzo pouczająca i mimo wszystko z pozytywnym przesłaniem. W Polsce znane są książki Dave'a Pelzera ("Dziecko zwane niczym", "Stracony chłopiec", "Mężczyzna imieniem Dave"), który opisał koszmar swojego dzieciństwa, a ja w lumpeksie kiedyś upolowałam książkę jego brata, Richarda Pelzera- "A Brother's Journey" .



Gdyby historia nie była prawdziwa można by się zastanawiać, który z autorów lepiej ją przedstawił. Szkopuł w tym, że obaj bracia przeżyli niewyobrażalny koszmar znęcania się i torturowania przez ich matkę i takie porównania po prostu nie mają sensu. Mimo, że znałam już książki Dave Pelzera i jego historię, to opowiedziana przez Richarda sprawia, że czuję takie samo przerażenie, smutek i wściekłość. Ale przeczytać naprawdę warto.

5 komentarzy:

Enthia pisze...

Ciekawe tagi :) Pracowity miałaś ten poniedziałek, rzeczywiście.

Mi jakoś tak nie leżą takie tragiczne książki. Na moim biurku chyba z miesiąc leży "Oddajcie mi dzieci" i jakoś nie mam ochoty się za to zabrać. Wolę chyba coś lżejszego, albo filozoficznego. :)

viva pisze...

Bombka na samym początku jest the best! :-).
Karteczki też mi się bardzo podobają.

Barbara pisze...

pudełeczko jak znalazł na prezent-niejedna osoba chciałaby takie dostać :) albo na skrapkowe przydasie :) pozdrawiam

BETIK pisze...

Proste i efektowne:)

Enthia pisze...

Dziękuje za te piękne życzenia. To dla mnie ważne. Jakaś trochę zagubiona się czuję bez tego języka. Coś tam potrafię, ale nigdy się nie uczyłam na większą skalę. Jutro mam pierwszą lekcje i już się nie mogę doczekać :)

Pozdrawiam i przesyłam buziaki :)