sobota, 18 października 2008

Zagadkowy coś i jeszcze inne coś:-)

Tydzień zleciał jak z bicza strzelił, ciągle się działo i nie miałam okazji pomajstrować za wiele. Wczoraj próbowałam sobie przypomnieć, jak się robi koszyki z gazetowej wikliny... Pierwszy wyszedł krzywy jak nie wiem, więc nie pokażę, dziś spróbuję prostokątnego, tylko muszę rurek ukulać. Pokażę dwa cosie. Jeden nie jest zrobiony przeze mnie. Jak myślicie, co to?...



Wyjaśni się za chwilę, teraz pokażę cosia numer 2, zrobionego przeze mnie. Pewnego razu, spacerując po sieci, napotkałam blog Patchwork Pottery. A tam wypatrzyłam to:
Nie mam maszyny, szyć w zasadzie nie umiem, na pewno nie tak starannie, ale zapragnęłam mieć taką portmonetkę na miarę swoich krawieckich możliwości. No i mam, w zasadzie chyba prototyp, bo namotałam się przy wszywaniu ucha i wygląda brzydko. No, cóż, wychodzi brak wprawy w szyciu, nie miałam pojęcia jak to technicznie działa i sama musiałam wymyślić. Teraz już wiem. Zdjęcie nie jest fajne, na razie lepszego nie będzie, bo baterie w aparacie padły. W rzeczywistości kwadracik z serduszkiem jest bardziej pomarańczowy, a z drugiej strony ma bardzo nieudolnie wyhaftowany napis "tea". Tak nieudolnie, że Wam oszczędzę tego widoku:-) . Widać tez jeszcze jakieś nitki sterczące, których muszę się pozbyć. W każdym razie pomysł na patchworkowe portfeliko-kubki i portmonetko-filiżanki oczarował mnie i musiałam spróbować:


Przy następnym egzemplarzu postaram się, żeby wyszło estetyczniej:-)

A tu rozwiązanie zagadki:



Tak, kupiłam sobie pierścionek. No, pierścień. Nie noszę pierścionków na ogół (ale też mam tylko jeden), ale ten uwiódł mnie swoim drewnianym oczkiem. Przekorny jest jak ja: matowy kawałek drewna tak daleki jest od pierścionkowych świecidełek, przeciwieństwo brylantów, diamentów, cyrkonii, a nawet szkiełek. W dodatku piękny ciemnobrązowy, niemal aksamitny (niestety, nie bardzo umiem to pokazać na fotce) w barwie i strukturze. Bardzo mi się spodobał i zaszalałam, wydając na niego 14,90 w Galerii Krakowskiej:-) Często, jak jeżdżę w takie miejsca zdarza mi się pokupować prezenty dla rodziny (tak na zaś albo bez okazji), sama zazwyczaj wracam z niczym, teraz pomyślałam, że coś mi się od życia należy i mam taki sympatyczny drobiazg. Na palcu Wam jednak nie pokażę, bo lewą rękę niemiłosiernie podrapała mi futrzanka Furia:-)
Zabieram się za kulanie rurek.

1 komentarz:

chiara76 pisze...

testuję, czy mogę pisać;)
No i chciałam napisać, że podoba mi się pierścień. Miałam kiedyś bardzo fajny taki z drewna cały...ciekawe, co się z nim stało?