piątek, 3 października 2008

Jak na kotomaniaczkę przystało...





mieszkam w towarzystwie kota, ściślej- kotki Furii. Jest mało "miziasta", niestety, bo ma tak milutkie, pachnące, gładkie futerko, że nic tylko głaskać i przytulać. W dodatku do rzadkiego pieszczoszenia się wybiera raczej Pana Domu, zapominając, kto ją karmi, z poświęceniem kroi surowe mięso, rozmaraża rybki, sprząta kuwetę, zapewnia towarzystwo przez cały dzień... Taki los... Lgnie swój do swego, i Furia i Pan raczej z gatunku niedotykalskich:-) Kociumba mieszkała na wsi, w zabudowaniach gospodarczych, żywiła się tym, co sama sobie znalazła, czasem mogła liczyć na trochę mleka od ludzi. Na zdjęciach na początku wyglądała jak najbrzydszy kot świata, nieokreślonego umaszczenia, kudłata, potargana, brudna i skulona. Okazała się być pięknym kudłatym, w większości czarnym kotem, z małymi muśnięciami "podpalanego" futra, nieregularnym biszkoptowym śliniaczkiem i prawie białą łatką na brzuchu. Ma piękny, gruby ogon, wąsy po każdej stronie pyszczka innego koloru i oczy jak dwa klejnoty barwy topazu. Jak widać na fotkach upodobała sobie rower stojący pod oknem w salonie (hihi, rzeźba nowoczesna) do spacerów i jako punkt obserwacyjny wróbli uwijających się w krzakach przed blokiem. W kuchni zaanektowała koszyk na warzywa jako kosz plażowy i się w nim wygrzewa w ostatnich promieniach słońca.

1 komentarz:

kociokwik pisze...

Ślicznia Furia:)
Pozdrawiam