wtorek, 22 grudnia 2009

No, to jazda!

Właściwie to juz po jeździe, tej dosłownej. Dojechałam, wyjątkowo punktualnie. Teraz zaczyna się jazda kulinarna. Prezenty zapakowane, poszło sprawnie, bo i zasady w tym roku inne, niż do tej pory. Maraton pierogowy jutro i trochę słodkości, mam nadzieję, że pójdzie równie dobrze, jak z prezentami i pójdziemy spac około północy.
Zawiadamiam przy okazji o candy u Izuss na Kropkach nad i



Gładko idących przygotowań i jeszcze raz przyjemnych świąt!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Driving Home for Christmas

Bardzo lubię tę piosenkę, dobrze oddaje mój nastrój przedwyjazdowy. Tyle tylko, że nie odważyłabym się jeszcze samodzielnie pojechać "limuzyną" do domu, zwłaszcza w taką pogodę.



Nie wiem, czy w szale przygotowań znajdę jeszcze czas na blogowanie, więc juz dziś życzę Wam cudownych Świąt. Żeby było miło, zdrowo, radośnie, pięknie. Żebyście zaraz za świętami zatęsknili. O tak. No, to jadę. Autobus za 40 minut:-) Do zobaczenia i przeczytania za tydzień:-)

piątek, 18 grudnia 2009

spóźniony scrap (SM#21)

Kiedy Kamaftut pokazała mapkę nr 21 na scrapmapkach od razu pomyślałam o tych zdjęciach. Z wycieczki do Iłży, ponad trzy lata temu. Bardzo miłe wspomnienia i kilka bardzo symaptycznych fotek. Miałam wielką ochotę spróbować, tylko czasu nie było. Dziś mi się troszkę poluźniło niespodziewanie i pomyślałam- raz kozie smierć. Scrapy to nie jest wciąż moja bajka, ale jak nie porobię, to się nie nauczę. Przysiadłam i poszło mi szybciej, niż z niejedna kartką. Fotki drukowane niestety na drukarce- bo jak pomysł był, trzeba było kuć żelazo, póki gorące. Zdjęcia robione wieczorem, więc nie do końca oddają rzeczywiste kolory, starałam się wybrać najsensowniejsze. No i wrzucam, niech tam. Luby, jak mu pokazałam, że został "scrapnięty", stwierdził, że nie bolało:-) Wiem, że już po terminie, ale żeby Kamaftut i Lunie nie było smutno:-), to się dorzucę.




Zapisałam się w kolejkę (+kocie przygody)

...po przepiękną, malowniczą torbę oraz matrioszkowe drobiazgi od Makówki . Candy z okazji rocznicy, zatem Sto lat blogowania po Makowych Polach dla autorki!:)



Craftowo nic nie będzie. Wczoraj byliśmy na wygnaniu, w domu cyklinował i lakierował się parkiet w przedpokoju i przyszłej sypialni. Trzeba było się eksmitować z domu na dłuższą chwilę, głównie z uwagi na Furię, która przerażona była hałasem, a poza tym na pewno nie usiedziałaby w pokoju (zwłaszcza, że chwilowo nie mamy drzwi, a te które zostały, musiały zostać zdjęte w celu wylakierowania przejść) i biegałaby po świeżym lakierze. Zapach chemikaliów nie był bardzo uciązliwy, panowie od parkietu używaja jakiegoś cudownego, szybkoschnącego lakieru austriackiego, wystarczy trochę przewietrzyć i da się żyć. Wzięliśmy kocie klamoty i wyprowadziliśmy się na kilkanaście godzin do biura Lubego. Mimo, że dostaliśmy aż dwa pokoje tylko dla nas, kocina nie najlepiej to zniosła. Przez kilka godzin nie chciała w ogóle się ruszać, nie opuszczała mnie nawet na pół sekundy, jak tylko ja odstąpiłam ją na krok- pełzała za mną z brzuchem przy podłodze. Większość czasu zatem spędziłam z kotem na kolanach, który, jak nigdy, pozwolił się głaskać. Biedny zwierz nasłuchiwał każdego hałasu zza drzwi- a hałasów nie brak w firmie, gdzie sporo ludzi się kręci. Potem się Furiatka zakopała pod moją kurtkę i do siedemnastej, czyli do czasu wyjścia do domów pracowników, tam przesiedziała. Normalnie nie cierpi być nakryta czymkolwiek, a wczoraj wyraźnie moja kurtka (pewnie przez znajomy zapach) okazała się najlepszą kryjówką. Na szczęście w drodze powrotnej do domu już się kocina uspokoiła (może się domyślała, gdzie idziemy) i jak tylko weszliśmy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z powrotem zamieniła się w Furiatkę. Wieczorem brykała po swojemu, zjadła, wypiła, posiedziała na swojej belce, a w nocy korzystając z braku drzwi w naszej tymczasowej sypialni spała na krześle obok łóżka (z małym epizodem włamywania się do mojego pudła z włóczkami o północy i to jest właśnie powód, dla którego Furia spędza noc poza tym pokojem).



Tu futro wydające odgłosy podobne niby to do szczekania, niby do gruchania gołębia na widok ulubionego światełka z długopisu. Dla mnie to jest dowód na słuch idealny kota, bo jak tylko dotknę palcem tego ustrojstwa, kot budzi się z najgłębszego snu, zrywa na cztery nogi i co sił, miauczurząc i burcząc pędzi polować na "to czerwone".

wtorek, 15 grudnia 2009

Upominek dla Maliny:-)

Żeby choć troszkę odwdzięczyć się Justynie-Malinie za piękny notes zrobiłam dla niej... bombki z papieru:-) Właśnie dostałam maila, że paczuszka dotarła, więc odtajniam:-)

Pomysł podpatrzyłam na filmiku Splitcoaststampers i na video Carlosa N. Moliny, do którego odnośnik znalazłam na flickrze. Właściwie zmiksowałam technologię wykonania z obu źródeł. Bombka splitcoaststampers bardziej mi się podobała, ale była mniej wygodna w transporcie (ze względu na delikatność bombek nieźle się nakombinowałam, żeby znaleźć odpowiednio pocztoodporne pudełko, a co wymysliłam- widać niżej:-)). Za to Carlos Molina wymyślił lepsze "rusztowanie", dzięki czemu ozdoby trzymają zamierzony kształt. Ponieważ nie mam dziurkacza- kółka, używałam swojego kwiatka w zbliżonym rozmiarze, który się bardzo dobrze sprawdził i nie dawałam dodatkowego koralika do środka.

Kilka bombek:



Bombki w pudełku jajczanym (dołeczki idealnie pasowały rozmiarem, a opakowanie stworzone przecież do transportu delikatnego towaru:-))



I pudełko z wierzchu:



Bombki dają wg mnie niezłe pole do popisu i przyznam, że mam na nie jeszcze kilka pomysłów, tylko czasu brak...


Ponieważ dzień przed wysłaniem paczki zorientowałam się, że Justyna akurat obchodzi urodziny, poleciała do niej też ta kartka z nieco spóźnionymi życzeniami (zrobiłam wtedy podobną, pokazywana kilka dni temu dla siostry na imieniny) :

Życzenia dla ILS:-)

ILS świętuje roczek, mam nadzieję, że cudowność asortymentu będzie rosła z każdym rokiem, ba! miesiącem:-)



Nie mam ostatnich kolekcji, czekam z zakupem na reedycję amber a z niecierpliwościa wypatruję kolejnych projektów:-)

P.S. Asiu, pokażę z radością zawartość tekturkowo-różowej paczuszki, jak tylko Justyna ją otworzy i da mi o tym znać.

niedziela, 13 grudnia 2009

Termos rzucają:-)

A właściwie Jaszka rzuca termos. A ja stoję w kolejce. Pierwsza:-) W poprzednim candy u Jaszki "mi się omskło" i prawie wygrałam (ale i tak dostałam od Jaszki cuda!) to teraz po prostu nie ma szans, żeby nie:-D
Ale bym szyku zadała z takim termosem... W ogonku trzeba stać do 19 grudnia.

piątek, 11 grudnia 2009

Imieninowa w kolorach świątecznych:-)

Wrzucam w przerwie w odgruzowywaniu. Nie mam czasu na bawienie się w lepsze zdjęcia i szukanie światła, więc sa jakie są. Karteczka jest brokatowa miejscami, co nie bardzo wyszło, ale trudno.


Powstała jeszcze jedna, bardzo podobna, choć w innym rozmiarze, ale na razie jej nie pokazuję. Trzymajcie się ciepło:-)

środa, 9 grudnia 2009

Prezent od Maliny:-)

Dostałam taaaki śliczny prezent! Justyna-Malina postanowiła zabawić się w Mikołaja i zupełnie spontanicznie podarowała mi notes (bo pozazdrościłam Ani). Notes ma format klasycznego zeszytu (to się a5 nazywa chyba?), piękne kolory (brąz-niebieski mój ukochany zestaw plus zielony- moja ostatnia fascynacja i plamki różu dla rozweselenia), dwa cudowne guziczki, etykietkę, żeby nie było wątpliwości, do kogo należy, a w środku papier takiej urody, że się siedem razy zastanowię, zanim coś tam napiszę, bo nie wypada zbrukać takiego kajetu jakimiś głupotami:-) Justyna idealnie trafiła w ten punkt ozdobności, który mi najbardziej pasuje- jest kobiecy i pozytywny, ani krzty w nim niczego za dużo. Dziękuję stokrotnie, Justynko:-) Macam go przy każdej okazji, choć mam ich aktualnie niewiele, bo wznowiliśmy ten straszliwy remont- zaczęty w wakacje, zawieszony z różnych względów. Dlatego tez zdjęcie dopiero teraz, choć notes trafił do mnie już przedwczoraj.








Nie chciałam być straszną wykorzystywaczką, dlatego zaproponowałam Justynie wymianę. Zrobiłam dla niej upominek, teraz czeka, aż mi się uda wyskoczyć na pocztę. Nie chcę go pokazywać, dopóki nie dotrze do Justyny, ale mogę pozwolić podejrzeć przez dziurkę od klucza. Taki kawałeczek:-)

W tym:

To:


Jesli ktoś zgadł, cicho szaaa:-)
Pokażę na pewno w swoim czasie, a teraz idę -dosłownie- odgruzowywać mieszkanie:-)

niedziela, 6 grudnia 2009

craftowe zachcianki, czyli nadzieja na czesankowy cukierek

Od jakiegoś czasu krążę myślami wokół filcowania na sucho i mokro. Jeszcze nie miałam okazji wypróbować, pomyślałam, że może wezmę udział w candy, jeśli wygram, to będzie ZNAK:-) Candy organizuje Mana.j



Niedziela pod znakiem leniwca:-) Na obiad było śniadanie, na kolację- kujawskie kluski ziemniaczane z cebulką i twarogiem, na które wpraszam się do rodziców, jak jestem na miejscu, bo to jedno z tych dań, które najlepiej smakuje u mamy:-) Dziś się jednak zdecydowałam zrobić sama i chyba była to najbardziej udana moja próba kluchowania:-) Pokazywać nie będę, bo to potrawa wybitnie niefotogeniczna. W każdym razie zdała egzamin jako comfort food i jest mi błooogo...

W dodatku dostałam zupełnie niespodziewany (jak bardzo się go nie spodziewałam, to nie macie pojęcia...) prezent- mam nowy telefon z wymarzoną klapką (nie jestem gadżeciarą, zwłaszcza telefoniczną, ale o klapce śniłam, bo z mojej nadłużej używanej komórki wiecznie jakimś cudem bez udziału woli wysyłałam puste smsy do różnych ludzi z listy kontaków albo do kogoś dzwoniłam, nabijając sobie koszty):-)

I jeszcze jedna dobra wiadomość- chyba też za sprawą Mikołaja i to zdaje się -prawdziwego (bo ten z czarną brodą, od telefonu, nie mieszał się do tego na pewno) moja maszyna ożyła! Założyłam nitkę, bębenek po raz chyba pięćdziesiąty i wreszcie jest, tak jak powinno! Nie rozumiem, dlaczego wcześniej nie było..., ale póki co nie będę wnikać, tylko będę się cieszyć, że działa.
Miłego wieczoru mikołajkowego!

piątek, 4 grudnia 2009

Scrapmapkowa (po przejściach)

Oto kolejna (w porzedniej edycji moja zielona plaskata z wszędobylskim ptaszkiem ekipie blogowej przypadła do gustu:-)) kartka wg mapki dla scrapmapek. Uparłam się, żeby zrobić coś inaczej. Powstał najpierw prototypek tej oto (w kolorach bardziej zgodnych ze szkicem Brydzi), właściwie wyszedł jak trzeba... poza tym, że użyłam do niego dziwnego kartonu z bloku technicznego, który, jak się okazało, brzydko się kruszy na zgięciach i efekt końcowy nie prezentuje się najlepiej. Zabrałam się jeszcze raz za robotę i jak skończyłam, Furiatka skoczyła mi z szafy na stół, zrzucając kartkę i maltretując ją nieco w prawym dolnym rogu (to takie zagięcie), więc proszę- udajcie, że nic nie widać, bo już straciłam serce, żeby zrobić trzeci egzemplarz :-/









Technologię wykonania okienka podpatrzyłam na jednym z cudownych instruktażowych filmików Splitcoaststampers, ale ramkę zrobiłam inaczej.

poniedziałek, 30 listopada 2009

widoki i candy u PatiS

Takie były widoki na niebo 4 dni temu w pracy u Lubego:-)




Zdjęcia robił Bartek.

A takie są widoki na mega cukierek u Patis

jeszcze dwie niekonwencjonalne

Ten tag miał być częścią żółtej kartki, do zrobienia której zmobilizowała mnie Barbara (dziękuję, Basiu:-)), ale był zdecydowanie za duży do mapki, którą sobie obrałam za wzór. Żeby się nie zmarnował, zrobiłam kolejny mini-karnecik świąteczny z żółtym.



A ta po prostu na fali przekomarzania się. W klimacie tropikalnym, różowo-pomarańczowo-złota. Tylko bombki i snieżynka świadczą o świętach. Idealna, żeby życzyć ciepłej atmosfery świątecznej. Wielkość też nietypowa, bo wykorzystałam resztki z arkusza papieru wizytówkowego, z którego najczęściej robię bazy.



Powoli zaczynam mieć dość kartek świątecznych, ale nie wykluczam, że mi do dzisiejszego wieczora przejdzie:-D

piątek, 27 listopada 2009

Że żółty jest mało bożonarodzeniowy?...

No to co? Ale się da zrobić, żeby trochę był:-) Barbara w komentarzu pod ostatnią kartką mnie podpuściła:-) Zażyczyła sobie żółtej kartki świątecznej. A ja przekorna jestem jak mało kto, to zrobiłam. Żółtą kartkę na święta. No, jest jeszcze biały i złoty (ale uznałam, że złoty to taki żółty tylko z połyskiem:), a biały jako neutralny). Jestem uzależniona od mapek, pomogłam sobie wyzwaniową z Mojo Monday.




Serio, to myślę, że wygląda trochę jak jajecznica:-) Mogę wstawić do piaskownicy, jak myślicie:-)? Mojo sobie chyba daruję...

Swoją drogą, to jak robić prawdziwe gwiazdkowe kartki, kiedy za oknem słońce jak na początku września? Nie, żebym narzekała, rozkoszuję się na ogół ciężko dostępnym o tej porze naturalnym światłem i temperaturą w okolicach dziesięciu stopni. Niedługo chyba będziemy sobie życzyć nie śnieznych, a słonecznych świąt i nikt się nie będzie dziwił żółtym kartkom bożonarodzeniowym.

czwartek, 26 listopada 2009

mak odtajniony (wymianowy)

Już mogę odtajnić mak dla Makówki, bo dotarł do swojego portu, czyli na Makowe Pole:-) Ulżyło mi wielce, kiedy Makówka napisała mi, że poczta wywiązała się z zadania (i nie zmasakrowała pudełeczka nawet!) i że niepotrzebnie się stresowałam tym, czy jej się spodoba. Mak jest przypinką do torby, szalika, swetra czy gumki do włosów, powstał z czerwonego filcu.


Maczek i pudełko:


Środek pudełka:


Maczek w pudełku:


Samo pudełko:



A tu gratulacyjna kartka dla kogoś innego. Zrobiłam jej tylko jedna fotkę, w dodatku koślawą trochę, może kiedys przy okazji obfocę ją jeszcze raz.



P.s. Zapomniałam dodać, że kartka powstała pod wpływem tego video. Natrafiłam na nie buszując po jutubie i zachciało mi się zrobić kartkę. Niedokładnie trzymałam się przepisu, ale jednak.

niedziela, 22 listopada 2009

kolejna nietypowa (Unscripted Sketches32)

Przede wszystkim dziękuję Wam za trzymanie kciuków. Przydały się. Dziś jest lepiej. Bardzo mi ulżyło, naprawdę się martwiłam.

Musiałam się czymś zająć i zrobiłam kolejną kartkę wg mapki, tym razem Unscripted Sketches#32 . To chyba moja najszybciej zrobiona kartka. Zazdroszczę tym, którzy potrafią zrobić w jeden wieczór całą serię kilkunastu kartek- zazdroszczę łatwości operowania wszystkimi papierami i przydasiami, szybkości podejmowania decyzji:-) Ja się naprawdę guzdrzę, ale też nic mnie nie goni, nie muszę robić niczego hurtowo. Kontynuuję za to serię kartek światecznych bez użycia świątecznych papierów, w nietypowych kolorach.

sobota, 21 listopada 2009

Ptaszol dziękczynny (ICS43) i wyróżnienie od Justyny:-)

Miałam dziś ciężką noc, niby nic konretnego mi nie dolegało, ale nosiło mnie, że uleżeć nie mogłam, byłam mocno zdenerwowana. Wstałam, zrobiłam sobie melisy, wydeptałam z kilometr między kuchnią a pokojem, Furia uznała, że to zabawa i łapała mnie za nogę znienacka (zabawne uczucie, kiedy nagle, w ciemnym mieszkaniu coś obejmuje człowieka miękkimi, cieplutkimi łapkami wokół kostki:-))). Włączyłam radio, postanowiłam skończyć książkę, a sen był wciąż daleko. Przyjrzałam się kartce robionej wczoraj po południu wg mapki ics 43 i stwierdziłam, że muszę jej zmienić koronkę. Była brązowo-zielona, pofarbowana, w końcu jednak uznałam, że wygląda jak brudna i próbowałam ją oderwać. Nieźle się namęczyłam, jak się nie chce, to coś wtedy odpada zdecydowanie łatwiej, a jak chciałam odkleić- nie dałam rady, musiałam uciąć. Pomyślałby kto, że ten magik tak trzyma? Operacja ta pozostawiła niewielkie ślady niestety, ale mam nadzieję, że nie rzucają się w oczy. No i znowu skończyło się na ptaszolu- tym razem nie stempelkowym, a z papieru ryżowego stamperii z decoupage'owych zapasów, kupionego na Sycylii z 5 lat temu (to się nazywa "nabieranie mocy urzędowej", hehe). Orzeszki aż prosiły o 3d. Tego zupełnie nie widać na fotce, ale kółko jest z papieru z perłowym połyskiem.





Wczoraj zapomniałam wspomniec o miłym wyróznieniu. Justyna podarowała mi taką odznakę:



Dzięki, to strasznie miłe być tak postrzeganym! Chciałabym, żeby odznaczone podobnie czuły się wszystkie osoby, które widnieją z lewej strony, a także te, które odwiedzam regularnie (blogger uznał, że ilość linków do blogów, które chciałabym umieścić w lewym pasku jest zdecydowanie za duża i nie przyjął mi całego pakietu... Próbuję ręcznie dodawać brakujące, ale raz, że trochę się gubię, dwa, że nie zawsze mi blogger pozwala).

Okazało się, że moje tajemnicze nocne zdenerwowanie nie było wcale pozbawione przyczyn. Wierzcie lub nie, ale czuję takie rzeczy. Właśnie odebrałam telefon, że bliska mi osoba czuje się dziś bardzo źle i ma za sobą bardzo ciężką noc. Pomóżcie mi trzymać kciuki, proszę.

piątek, 20 listopada 2009

prosta i świąteczna (clean and simple #68)

Taka stonowana kartka, na wyzwanie clean&simple, wg mapki. Świąteczna, ale jak widać, dalej nie ciachnęłam specjalnych papierów. Jak tak dalej pójdzie wykorzystam je na Wielkanoc:-D Użyłam dziurkacza śnieżynkowego, ale z tym nie ma problemu, bo go nie ubywa w sposób zauważalny:-) Myślę sobie, że wyszło nawet, nawet, chociaż taka nietypowa w przytłumionych kolorach... Kusiło mnie, żeby jeszcze coś dodać, przeszycia jakieś albo coś- ale maszyna się uparła i plącze nitkę, nie wiem, co mam z nią zrobić. Czyli z przeszyć, nomen omen, nici. Musiało mi wystarczyć wtrynienie taśmy piankowej pod prawie każdy element, chyba jestem od niej uzależniona, bo do wczorajszej kartki dla scrapmapek jej nie użyłam i mi coś w niej nie pasuje:-)


czwartek, 19 listopada 2009

Wyzwaniowo na zielono

Wyzwania kolorystyczne jakoś mnie na razie przerastają, natomiast mapki po prostu uwielbiam:-) Zrobiłam kartkę wg mapki Madziozy ze scrapmapek. Koncepcja zmieniała mi się z pięć razy, przekładałam to wszystko godzinami, nie jestem do końca zadowolona z efektu (jakaś plaskata wyszła, zwłaszcza na zdjęciu, dlatego to drugie dorzucam), ale i tak się dobrze bawiłam.




Zaczynam odczuwać brak stempelków, te, które mam już mi się lekko nudzą... Stąd znowu wszędobylski ptaszek (ale przynajmniej nie na niebiesko-brązowo:)). Jestem już nawet gotowa coś sobie dokupić, przeglądam sklepy, rozważam oczywiście od razu jakieś większe zamówienie przy okazji i okazuje się, że co fajniejszych pieczątek ( i innych dóbr) już dawno nie ma. Zła jestem, że zmarnowałam znowu czas i... nic nie kupuję. Zbawcze to dla mojej kieszeni i zmusza do wykorzystania do cna stanu posiadania. Jednak dobrze by było nabyć coś nowego, nowe zabawki działają na motywację:-)

wtorek, 17 listopada 2009

dłubany poniedziałek

Poniedziałek był bardzo dłubany. Chyba mi się stęskniło za papierami, czy coś...
Jak na mnie to po prostu jest hurt. Powstało jeszcze jedno pudełko, ale nie mogę pokazać. To, które pokazuję, nie jest skończone, jakieś ozdoby by mu się przydały. Samo się zrobiło, nie wiem, po co i na co. Wymyślę mu przeznaczenie, jak dojrzeje, wtedy pewnie dostanie jakąś etykietkę. A reszta- jak widać, świątecznie. Na blogach tyle kartek, że mam wrażenie, że wszyscy już wszystko zrobili. Chyba właśnie dlatego świąteczny papier u mnie występuje tylko jako tło do zdjęć, a produkuję z brystolu kupionego ze dwa lata temu i kawałka romancy. No, albo to kolejny dowód mojego skąpstwa papierowego:-) Tagi zrobiłam z resztek, szkoda mi było takie kawałki grubego papieru wyrzucać- a wiadomo, że jak wrzucę do ścinkowej torby, to będą tam leżakować do przyszłej zimy co najmniej. Może zrobię do nich kartki, a może będą dodatkiem do jakichś upominków. Się zobaczy.




















W niedzielę musiałam sobie zrobić odwyk od komputera i przycupnęłam w czytelniczym kąciku imienia Ogra Szreka (a tak, mamy coś takiego, w dawnym salonie, który stał się teraz warsztato-biurem mojego Jedynego). Wzięłam pierwszą lepszą z zakupionych, a dotąd nieprzeczytanych książek i wtopiłam. Otrząsnęłam się na zrobienie obiadu i ze zdziwieniem stwierdziłam, że prawie 200 stron przeczytałam. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że czytałam po angielsku, bez słownika. Czytanie zagranicznych blogów nie idzie na marne... powinnam się przyłożyć do tego, żeby nie tylko rozumieć, ale i się wysłowić jakoś. Pamiętam uczucie dumy, jak przeczytałam swoją pierwszą książkę po francusku... Angielska to już chyba "nasta", ale wciąż jakoś nie dowierzam, że daję radę:-) Lektura niewesoła, wzburzająca, ale bardzo pouczająca i mimo wszystko z pozytywnym przesłaniem. W Polsce znane są książki Dave'a Pelzera ("Dziecko zwane niczym", "Stracony chłopiec", "Mężczyzna imieniem Dave"), który opisał koszmar swojego dzieciństwa, a ja w lumpeksie kiedyś upolowałam książkę jego brata, Richarda Pelzera- "A Brother's Journey" .



Gdyby historia nie była prawdziwa można by się zastanawiać, który z autorów lepiej ją przedstawił. Szkopuł w tym, że obaj bracia przeżyli niewyobrażalny koszmar znęcania się i torturowania przez ich matkę i takie porównania po prostu nie mają sensu. Mimo, że znałam już książki Dave Pelzera i jego historię, to opowiedziana przez Richarda sprawia, że czuję takie samo przerażenie, smutek i wściekłość. Ale przeczytać naprawdę warto.